Michał mówił o tym od dwóch lat, zawsze po kolacji, zawsze cicho, jakby przyznawał się do długu. Agnieszka najpierw się śmiała, potem milczała, a potem zaczęła zadawać pytania. W lutym pokazała mu rezerwację: drewniana chata pod Zakopanem, trzy noce, kominek.
„Ja wybieram gościa. Ja ustalam zasady. Ty masz jedno zadanie”, powiedziała.
„Jakie?”
„Pilnować ognia.”
Kuba
Kuba był przewodnikiem tatrzańskim. Agnieszka poznała go na szlaku do Morskiego Oka rok wcześniej i rozmawiała z nim tygodniami, zanim w ogóle wspomniała o planie. Odpisał jednym zdaniem: Tylko jeśli Ty przez cały czas trzymasz ster.
Wieczorem za oknami padał śnieg. Agnieszka posadziła męża na niskim stołku przy kominku i podała mu pogrzebacz.
„Siedzisz tu. Dokładasz drewna. Nie odzywasz się, dopóki cię nie zapytam. Jeśli coś będzie nie tak, dla kogokolwiek z nas, mówisz Giewont i wszystko się kończy. A jeśli ogień zgaśnie – też koniec.”
Ogień
Ogień nie zgasł ani razu.
Michał dokładał polana co kwadrans i patrzył. Na płomienie, na cienie na drewnianej ścianie, na żonę, która spoglądała na niego ponad ramieniem innego mężczyzny, sprawdzając, czy wciąż patrzy.
„Ciepło ci?” – pytała.
„Tak.”
„To dorzuć jeszcze.”
To proste zadanie okazało się najbardziej intymną rzeczą tej nocy. Każde polano znaczyło: chcę tego, zostaję, nie przerywam. Reszta należy do tej chaty i do śniegu za oknem.
Popiół
Kuba wyszedł o świcie, ściskając Michałowi dłoń na progu, bez cienia kpiny. Agnieszka usiadła obok męża przy kominku, owinięta w koc.
„Teraz mi wszystko opowiesz”, powiedziała. „Także to, czego się wstydzisz.”
Opowiedział o zazdrości, która przyszła i odeszła po minucie. O dumie, która została. O tym, że nigdy jej nie widział tak pewnej siebie.
W domu mają teraz mały kominek elektryczny, zupełnie bezużyteczny. Kiedy Agnieszka go włącza bez słowa, Michał wie, o czym myśli. I zawsze pyta, czy ma dorzucić drewna.



